wtorek, 24 września 2013

[wywiad] Merkabah

Na muzycznej mapie Polski zespół Merkabah nie jest jeszcze zbyt dobrze kojarzony. Jednak ich rosnąca pozycja w rodzimym niezalu oraz coraz wyższy poziom kolejnych materiałów zainspirowały mnie do przeprowadzenia rozmowy z zespołem. Przepytałem Kubę, Gabriela i Rafała. Odpowiedzi jakie uzyskałem z pewnością lepiej przybliżą sylwetkę tego intrygującego kolektywu.


Witajcie! Bardzo mnie cieszy, że udało nam się porozmawiać. Wasz zespół - chociaż młody - zdobywa opinię całkiem obiecującego kolektywu. Niestety skromna ilość informacji na wasz temat zmusza o spytanie o pomysł na wasz zespół, muzykę.. Wiecie, chodzi o "element zapalny", który był jednocześnie impulsem do działania.

Kuba: Zaczęło się od mojego spotkania z Gabem. Obaj działaliśmy wtedy w innych zespołach, które chyba nie do końca nas muzycznie satysfakcjonowały. Mieliśmy wówczas ambicje, by eksperymentować z post-rockiem i łamańcami, ale nie było u nas nigdy jakiejś konkretnej wizji, jakiegoś jednego wyjściowego pomysłu na granie. Był jakiś ogólny zarys, ale nie wiedzieliśmy czym to dokładnie ma być i w jakim kierunku pójdzie. Dlatego potrzeba było sporo czasu by się dotrzeć, przemielić wszystko, pokombinować.

Gabriel: Jak widać na tyle się zgraliśmy, że wspólnie działamy do teraz. Punktem zapalnym było u nas zwyczajnie poznanie się, zrozumienie i ogranie. Jakąś wizję mieliśmy, ale szybko ją porzuciliśmy na rzecz tego, co wychodzi nam spontanicznie - nasza muzyka jest wypadkową nas i naszego oglądu a nie założonego pomysłu.

To był niejako wstęp do kolejnego pytania. Odpowiedz z jakiej muzycznej tradycji wywodzi się muzyka Merkabah?

Rafał: Inspiracje są bardzo różnorodne, od rocka progresywnego, przez szeroko rozumianą psychodelę, po noise. Ja raczej nie zastanawiam się nad muzyczną tradycję, z której się wywodzimy. Gramy to, co lubimy, bez zbędnego intelektualizmu.

Kuba: Myślę, że najbliżej nam do ogólnie pojętej awangardy, ale ciężko to sprowadzić do jednej wybranej muzycznej filozofii. Chyba z różnych gatunków czerpiemy różne wartości, które przekładamy na konkretne aspekty naszej muzyki, naszego artystycznego myślenia.

Gabriel: Jeśli chodzi o samą tradycję to raczej bym nas powiązał z jakąś tradycją muzyki niepokornej :) czy to punk, czy psychodela, czy jakkolwiek inaczej by to nazwać. Na pewno wiele wspólnego mamy na pierwszy rzut ucha z Kobongiem albo Zornem np., jednak łączników szukałbym raczej w teorii – robić coś nowatorskiego i swojego bez oglądania się, pod prąd, mimo braku rozgłosu, własnymi środkami, dostępne dla każdego zainteresowanego za darmo itd., co wiąże się z naszymi poglądami także pozamuzycznymi.

Zbierając informacje do wywiadu natrafiłem na naprawdę skrajne tagowanie muzyki Merkabah: avant rock, noise rock, free jazz, experimental, awangarda a nawet sludge metal. Wiemy, że etykiety to sprawa drugorzędna, ale jak ustosunkujecie się do tak szerokiego spektrum gatunków?

Rafał: Jest to bardzo zabawne zjawisko. Kiedyś nawet ktoś określił naszą muzykę jako eksperymentalny grind. Mnogość tych etykiet świadczy tylko o tym, że gramy coś oryginalnego, co cieszy. Ja osobiście uważam, że gramy rocka progresywnego, w szerokim rozumieniu tego pojęcia.

Kuba: Każdy chyba opisuje tę muzykę wedle tego, co jemu jest najbliższe. Podejrzewam, że każdy z nas również ma w głowie zupełnie inne etykiety, którymi by opisał to, co gramy i o to właśnie chodzi.

Na ilę symbolikę oraz spuściznę kultury żydowskiej można powiązać bądź odnaleźć w waszej muzyce? Pytam oczywiście w nawiązaniu do nazwy zespołu. Skąd ten pomysł?

Kuba: Nazwę zasugerował Gab i od razu ją łyknęliśmy. Podobało nam się jej znaczenie i brzmienie: mistyczne ale i nieco surowe. Początkowo gdzieś tam czerpaliśmy inspiracje z kultury żydowskiej (chociażby przy grafice, czy wizualizacjach), ale nigdy nie chcieliśmy się na tym za bardzo skupiać. Nadal lubimy nawiązywać do mistycyzmu, mitologii, literatury, itd. ale w bardziej luźny i ogólny sposób. Raczej po to, by nadać naszej muzyce jakiś literacki podtekst, niż żeby tworzyć jakieś skomplikowane fabularne historie.

Z tego co udało mi się wyczytać, początki zespołu sięgają roku 2007, jednak pierwszy materiał opublikowaliście dopiero w 2011. Co działo się w zespole pomiędzy tymi dwoma znaczącymi wydarzeniami?

Rafał: Bohatersko pojawiłem się ja!

Kuba: Ahahaha, no nie da się ukryć, że przyjście Rafała było kluczowe. Wcześniej dużo eksperymentowaliśmy z brzmieniem, były kombinacje ze składem, itd. Generalnie nasza droga była dość wyboista i nie należała do najłatwiejszych. Ale choć pierwszy materiał wydaliśmy dopiero w 2011, to koncertowo byliśmy aktywni bodajże już od 2008, także nie było opierdalania się przez te 3 lata.

Wspomniałem wcześniej o niewielu oficjalnych informacjach na wasz temat. Właściwie poza adresami na facebooku/bandcampie trudno o jakiekolwiek wiarygodne źródła. To efekt braku czasu, braku zainteresowania czy świadome działanie?

Kuba: Raczej świadome działanie. Nasza zespołowa biografia nie jest jakaś fascynująca, więc nie czujemy zbytnio potrzeby zanudzania tym innych.


Przed pytaniem o wasz pierwszy materiał, chciałbym żebyś spróbował opowiedzieć o kilku słowach o Assonance Records z którym współpracujecie. Czy tak mała wytwórnia podoła sytuacji coraz większego zainteresowania Merkabah? Dlaczego właśnie oni?

Kuba: Akurat nasza współpraca z Assonance zakończyła się już jakiś czas temu, a to dlatego, że wytwórnia ta przerwała działalność. Obecnie Janek (człowiek który stał za Assonance) działa jako kasetowy label Wounded Knife i koncentruje się na bardziej eksperymentalnych, minimalistycznych klimatach. Zresztą polecam wszystkim ich wydawnictwa. Jeśli o nas chodzi, to ostatnią płytę wydaliśmy własnym sumptem, a nadchodzący album Moloch ukaże się dzięki wytwórni Instant Classic.

Lyonesse to mini-album nagrany na żywo w 2010 roku. Opowiedz o okolicznościach rejestracji tego materiału. Brzmienie i jakość jest naprawdę wysokiej próby, jak udało wam się to osiągnąć podczas sesji live?

Rafał: Jest to na pewno powiązane z warunkami, w których mieliśmy przyjemność grać. Profesjonalizm ekipy technicznej i akustyków jest ewidentnie słyszalny na Lyonesse. Od siebie tylko dodam, że był to mój drugi koncert z Merkabah i bardzo miło to wspominam.

Zauważyłem, że zarówno Lyonesse jak i A lament for the lamb cechuje bardzo intrygująca oprawa graficzna. Kto odpowiada za te prace i jak korespondują one z zawartością muzyczną? Pytam o to, gdyż podskórnie czuć głębszy koncept w twórczości Merkabah, ale wolałbym usłyszeć wasz komentarz w tej sprawie, nie dorabiając niepotrzebnej ideologii.

Kuba: Za grafikę w większości odpowiadam ja, ale akurat oprawa do Lyonesse była wspólnym dziełem Gaba i moim. Zresztą od jakiegoś czasu coraz bardziej staramy się myśleć kolektywnie o oprawie wizualnej Merkaby i podchodzić do niej bardziej multimedialnie (wciąż rozwijamy nowe patenty jeśli chodzi o wizuale koncertowe, grafiki, merch, itd.). Nie wiem czy jest w tym wszystkim jakiś spójny koncept, ale na pewno chcielibyśmy, by nasza twórczość była wielopoziomowa 
i wykraczała poza samą muzykę.


Gabriel: Generalnie staramy się przemycać w albumach nieco więcej niż same dźwięki, bardzo przykładamy się też do obranej warstwy fabularnej i narracji, tytułów, przejść, naturalnie do odpowiedniej strony wizualnej również. Chcemy wyróżnić jakąś myśl i nakłonić słuchacza żeby trochę jej tropem odczytywał resztę, stąd taka uwaga o oprawę graficzną, która dobrze zbuduje klimat i rozwinie temat płyty.

Po roku od premiery Lyonesse przyszedł czas na debiut pod postacią A lament for the lamb. Jakie były wasze oczekiwania po nagraniu i wydaniu debiutu w takiej formie?

Rafał: Ja w gruncie rzeczy nie miałem specjalnie wygórowanych oczekiwań. Stylistyka, w której się obracamy, jest tak wybitnie niekomercyjna, iż na jakikolwiek sukces, w tym kontekście, nie możemy liczyć. Mi osobiście zależało na tym, by materiał brzmiał godnie i zebrał przychylne opinie i dotarł do możliwie jak największej liczby odbiorców.

Kuba: Ja szczerze mówiąc to chciałem już to mieć z głowy, hahah. Prawda jest taka, że cały proces nam się tak niemiłosiernie przeciągał, że zdążyliśmy w międzyczasie napisać prawie cały nowy materiał. Przez to niestety Lament jak wyszedł, stracił dla nas trochę na aktualności i myślami wybiegaliśmy już gdzieś dalej.

Utwór otwierający czyli "Twelver" to jak dla mnie oczywisty cytat z muzyki szwedzkiego zespołu Meshuggah. Na ile metal inspiruje muzyków Merkabah?

Rafał: Choć obecnie nieczęsto wracam do metalu, to niegdyś wiódł prym wśród moich ulubionych zespołów. Do dziś zresztą z radością wracam do Slayera, Neurosis, Cynica, czy właśnie Meshuggah. Jednakże obecnie raczej niewiele inspiracji czerpiemy z metalu podczas tworzenia numerów.

Kuba: Chyba każdy z nas miał swoją przygodę z metalem. Ja nadal chętnie wracam do takich klimatów, ale  niekoniecznie szukam tam inspiracji.

Gabriel: Kiedyś całkiem sporo, teraz już wcale. Jako „ciężką” inspirację wymieniłbym obecnie raczej okołohardcore'owe rzeczy.

Pytałem wcześniej o ogólną wymowę warstwy graficznej Merkabah, ale teraz interesuje mnie sama koncepcja A lament.... Dla przeciętnego słuchacza jest to album bardzo nieoczywisty i wymagający dłuższego czasu na przyswojenie. Czy taka była wasza intencja? 

Rafał: Sami słuchamy muzyki, która nie wjeżdża po dwóch odsłuchach, więc naturalnym jest dla nas dążenie, nawet podświadome, do podobnych efektów.

Kuba: Myślę, że jest to też wynik naszych długich poszukiwań i tego, że ta cała mnogość inspiracji, środków wyrazu, myśli, itd. przemieliła się w jedną masę, nadając jej nieco niejednorodny charakter. Ale jednak podstawową wartością jest dla nas bezkompromisowość, więc jeśli wychodzi nam z tego muzyka ciężko przyswajalna, to znaczy, że tak musi być i już.

Utwory na płycie są dość złożone i skomplikowane, przeplata się tu wiele gatunków (o których za chwilę). Opowiedz trochę o samym procesie komponowania: jak przebiega, czy da się wychwycić tu pewne prawidłowości lub wytyczne?

Rafał: Numery powstają w dwojaki sposób: wyłaniają się na bazie wspólnych improwizacji, lub czystej dyskusji. Czasem też ktoś z nas przyjdzie na próbę z nowym motywem i zaczynamy kombinować. Tutaj wielkich zaskoczeń raczej nie będzie. Choć kiedyś z Gabem spotkaliśmy się i napisaliśmy teoretyczną bazę do numeru na pudełku od pizzy. W najbliższej przyszłości planujemy powtórzyć ten proceder.

Nie mogę teraz nie spytać o teaser Molocha, który od jakiegoś czasu krąży po sieci. Brzmi to wszystko jeszcze bardziej radykalnie, ale też transowo. Poproszę o komentarz czy pierwsze wrażenia są zbieżne z tym co będziemy mogli znaleźć na nadchodzącym materiale?

Rafał: Magma Cię zaleje.

Kuba: Wszystkich zaleje. Zdecydowanie jest to bardziej radykalny materiał, bardziej zbity, brudny.

Gabriel: A do tego bardziej skomplikowany, nawarstwiony i jednolity.

Kto zajmie się jego dystrybucją i jaką ilość sztuk przewidziano do sprzedaży?

Kuba: Jak już wspomniałem, album wydaje Instant Classic, a przewidzianych jest (przynajmniej na pierwszy rzut) 200 sztuk.

Przewidujecie bardziej zorganizowaną formę promocji nowych utworów przez np. większą trasę koncertową?

Kuba: Zdecydowanie tak, ale podejrzewam, że grubszą trasę zaplanujemy sobie dopiero na wiosnę 2014 roku. Na pewno mamy nadzieję, że płyta trafi do paru sklepów internetowych i do dystrybucji cyfrowej, ale wszystko w rękach wytwórni.

Skoro o koncertach mowa to jak wygląda to z graniem sztuk na żywo poza granicami kraju. Zdarzyły się takowe? Jeśli tak jaki był odbiór muzyki Merkabah?

Kuba: Niestety nie mieliśmy okazji jeszcze grać poza Polską, ale tego tematu nie odpuścimy zbyt łatwo, więc myślę, że jest to tylko kwestia czasu. Mamy trochę życzliwych nam osób w Niemczech, Rosji, Czechach, i paru innych miejscach, więc mam nadzieję, że uda się gdzieś wyjechać przy okazji najbliższej trasy.

Na koniec zabawa słowna. Hasło z mojej strony i wasza odpowiedź w postaci krótkiego komentarza:

King Crimson

Rafał: Nieosiągalny wzór.

Kuba: Bogi.

Gabriel: Posejdon.

Polski biznes muzyczny

Rafał: A co to?

Kuba: Nie dotyczy.

Gabriel: Skądś te płyty w kioskach się biorą

Koncertowa Warszawa

Rafał: Czasem nawet ktoś przyjdzie.

Kuba: 100 koncertów dziennie, a nikt na nie nie chodzi.

Gabriel: Dużo perełek

Czołówka polskiej sceny niezależnej

Rafał: Teraz jest bardzo wiele znakomitych kapel. Nie będę wymieniać, nie chce urazić żadnego ze świetnych zespołów, o którym mógłbym nieopatrznie zapomnieć.

Kuba: Ciagle się rozszerza i zaskakuje. Jestem wielkim fanem polskiego niezalu.

Gabriel: Coraz więcej, coraz ciekawiej

Najbardziej udany utwór Merkabah

Rafał: Ah! Ca Ira
Kuba: Hilasterion
Gabriel: The grapes (…) are filling and growing heavy

To już chyba wszystko. Ostatnie słowo należy do was. Dzięki za poświęcony czas i do zobaczenia na koncertach!


Kuba: Dzięki!

niedziela, 22 września 2013

[wywiad] Tides From Nebula

Tides From Nebula solidnie zapracowali na swoją popularność. Dwie dość różne od siebie płyty (premiera trzeciej przewidziana na początek października br), duża aktywność koncertowa i pomysł na wtłoczenie w nieco już skostniały post-rock własnych pomysłów, zachęciły mnie do przeprowadzenia wywiadu z zespołem. Na pytania odpowiadał Przemek Węgłowski, czego efekt finalny do przeczytania poniżej.


Witaj, bardzo dziękuję za możliwość krótkiej rozmowy. Na początek porozmawiajmy o sprawach bardziej ogólnych. Etykiety to z pewnością nie Twoja działka, ale nie można zaprzeczyć, iż TFN z post-rockiem łączy bardzo wiele. Co jeszcze ta formuła muzyczna ma do zaoferowania współczesnemu odbiorcy?

Cześć! Jeśli pytasz co post-rock ma jeszcze do zaoferowania to naprawdę nie bardzo wiem jak mam Ci odpowiedzieć. Mam ogromne problemy z tą etykietką. Zostaliśmy tak skojarzeni jakiś czas temu i ta łatka się dość mocno trzyma. Ja zawsze wolałem określenie "instrumentalny rock", bo ma po prostu jasne reguły. Wracając do pytania- myślę, że każdy zespół, każdy artysta, ma coś nowego do zaoferowania, tylko ciężko to opisać i nazwać zanim zostanie stworzone.

Nie spytałem o to bez powodu, dużo bowiem słyszy się o wyczerpaniu formuły post-rocka, a nawet rocka jako takiego. Co bardziej krytyczni twierdzą, iż jest to muzyczna droga donikąd. Jakie jest Twoje zdanie w tej kwestii w kontekście muzyki TFN?

Coś w tym jest, na szczęście kiedy sam nie masz problemów z kreatywnością, takie rzeczy Cie po prostu nie obchodzą. Przy tworzeniu ostatniej płyty świetnie się bawiliśmy i nawet przed sekundę nie pomyślałem o tym, czy rock się kończy, a może czy już się skończył. Jeśli w etykietkach tkwi jakieś zło to myślę, że właśnie tutaj pokazuje swoją twarz. Muzyka powinna wypływać z serca, a nie z analizującego wszystko umysłu. Faktem jest, że są zespoły grające tak samo przez całą swoją niekrótką karierę, jak i takie które zmieniają styl z płyty na płytę. Na szczęście nie ma obowiązku należeć do żadnej z tych grup (śmiech)

Jak różni się współczesna biznesowo-muzyczna rzeczywistość od czasów kiedy zaczęliście rozkręcać TFN? Jaka jest Twoja opinia na kształt zmian w Polsce pod względem dbania o artystów alternatywnych, organizację i promocję koncertów oraz sam proces promocji płyt?

Chyba nie różni się zbyt wiele, minęło w końcu dopiero pięć lat. Inna sprawa, że przez ten czas mieliśmy szczęście poznać wiele pomocnych i serdecznych osób, dzięki którym np. organizacja trasy koncertowej jest dużo łatwiejsza. Podobnie sprawy się w mają przy promocji płyt- teraz jesteśmy w dużej wytwórni, a pięć lat temu z debiutem przez pierwsze kilka miesięcy uskutecznialiśmy typowe DIY. Jedyną poważną różnicą która przychodzi mi do głowy jest fakt, że teraz do naszego kraju przyjeżdża chyba więcej zachodnich grup, przed którymi można się pokazać szerszej publice.

Brak tekstów ergo istotnego elementu komunikacyjnego, zmusza do szukania innych form ekspresji w ramach muzycznej struktury; jaką role w muzyce TFN odgrywa koncept/jednolita wizja artystyczna?

Myślę, że bardzo dużą. Brak tekstów, wokalu, ogranicza nas zupełnie na jednym polu, jednak daje w zamian sporą przestrzeń, która dla nas jest podstawowym narzędziem w komunikacji ze słuchaczem. Wszystko jest lekko podbarwione tytułem danego kawałka i w efekcie powstaje zupełnie inny rodzaj komunikatu, niż ma to miejsce w muzyce "wokalowej". Większość pytań dotyczy właśnie tego aspektu TFN. Sam fakt instrumentalnego grania wielu ludzi intryguje i dziwi. Na przykład często słyszymy pytania o to, kiedy nagramy coś z wokalem.

Chciałem spytać teraz o wasz rytm pracy; układa się on bowiem w dosyć uporządkowany cykl: pełny album co dwa lata, pomiędzy sesją nagraniową liczne koncerty w kraju i za granicą. Nie obawiacie się rutyny, a co za tym idzie powtarzaniem schematu, który być może w pewnym momencie zabije emocje potencjalnie drzemiące w procesie komponowania nowych kawałków?

Dobre pytanie. Nigdy o tym nie myślałem... To trochę jest tak, że kiedy jesteś w trasie to zaczynasz myśleć o robieniu nowej muzyki, a kiedy siedzisz na salce i w studio to z tyłu głowy już czają się koncerty. Póki co to wszystko jest tak idealnie przemieszane, że o jakiejkolwiek rutynie nie ma mowy. Jeśli przyjdzie, będziemy się wówczas martwić i szukać rozwiązań. Przez pierwszą połowę tego roku spotykaliśmy się na próbach pięć razy w tygodniu. Niektóre dni były bardzo kreatywne, wręcz czuliśmy jak muzyka z nas spływa. Innym razem robiliśmy przez tydzień osiem wersji jednego mostka i miałem wrażenie, że i tak finalnie zostanie ta pierwsza (śmiech). Ale właśnie tak to wygląda, potem jedziesz do studia ze świadomością, że owoc tej tygodniowej pracy, ten 40-sekundowy motyw może być zmieniony w ostatniej chwili. To jest jeden wielki ekscytujący proces i jeśli wnikniesz w niego bardzo mocno, jest duża szansa, że te emocje o których wspomniałeś będą zawsze obecne.

Nie można powiedzieć o was, że lubujecie się wyłącznie w długich i przestrzennych kompozycjach - z równym upodobaniem komponujecie także krótsze utwory. Jak z Twojej perspektywy rozkładają się akcenty: wolisz krótsze czy dłuższe formy?

W tym momencie jest to mniej więcej wyważone. Nowy album opiera się głownie na krótkich, treściwych kawałkach, jest to trochę efekt poprzedniej płyty, na której dominowały długie, rozlane kompozycje. Z mojego punktu widzenia przypomina to trochę sinusoidę, ostatnio znów mam ochotę na dłuższe utwory. Zresztą ostatnim numerem, który powstał z myślą o Eternal Movement był "Up From Eden", najdłuższy na płycie. 

Muzyka TFN to konkretna formuła, a co z eksperymentami? Czy zastanawialiście się by wpleść w wasze dźwięki wątki z innych styli muzycznych (jakich)?

Eksperymenty są OK, pod warunkiem, że nie są tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę samą obecnością. Ciężko mi- zwłaszcza teraz, tuż przed premierą nowej płyty- przewidywać i zastanawiać się nad tym jaką ścieżką będziemy podążać na czwartym albumie. Faktem jest, że podczas nagrywania "EM" bawiliśmy się nowymi brzmieniami, głównie elektronicznymi. Wszyscy słuchamy dużo muzyki "niegitarowej" i prawdopodobnie jest to jedna z możliwych dróg naszego rozwoju. Choć fajnie byłoby też nagrać typowo rockowy album. Wiesz, taśma, setka i zero dubli. W tworzeniu muzyki to jest najpiękniejsze i najcenniejsze- totalna wolność.

Co uznałbyś za fundamentalną inspirację dla muzyki TFN spoza muzycznych kręgów? Mam tu na myśli kulturę popularną, sztukę, naukę itd. W jaki sposób inspiracje te przekładają się na język muzyczny zespołu?

Poza muzyką każdego z nas inspirują inne rzeczy. Jednak nie powiem Ci, jak przekłada się to na nasz język muzyczny. To jest tak magiczny dla mnie mechanizm, że nie mam ochoty wnikać bo niewiele ugram (śmiech). Nauka, kino, duchowość, książki, internet, filozofia, gry komputerowe- worek jest spory i to wszystko jakoś nas, a zarazem naszą muzykę, kształtuje. Ostatnimi czasy doszedł jeszcze jeden czynnik, który połowie z nas- Maćkowi i Tomkowi- mógł nasunąć trochę inspirujących pomysłów. Chłopaki są w trakcie budowania studia. W zasadzie od paru miesięcy, albo graja, albo budują, więc kolejna płyta może pójdzie lekko w stronę jakiegoś industrialu? (śmiech)

Pytanie, które niejako łączy się z poprzednim. Czy w związku z postępującą dygitalizacją rynku, tradycyjne nośniki MC/CD/Winylowe mają się ku końcowi? Jakie są Twoje osobiste preferencje jako kolekcjonera muzyki?

Myślę, że tradycyjne nośniki nie znikną nigdy. Zawsze znajdzie się grupka zapaleńców, która
słucha winyli, albo CD. Słyszałem nawet ostatnio, że kasety MC mają swój renesans. Po prostu muzyka to także przygotowanie do słuchania jej. Znalezienie odpowiedniej płyty na półce, dotknięcie, przygotowanie odtwarzacza. Dwa kliknięcia myszką, lub przesunięcia palcem po dotykowym ekranie zabijają to co wydaje się nieistotne, lecz ma dla niektórych duże znaczenie. Ja osobiście lubię zbierać płyty, a słuchanie muzyki z takiego źródła, leżąc na kanapie, lub czytając książkę działa na mnie o wiele lepiej niż puszczenie jej z mp3 na komputerze.

Ok, pora na bardziej konkretne pytania. Wyjaśnij dlaczego zdecydowaliście się na remastering "Aury", który swoją premierę miał niespełna cztery lata temu? Zagranie marketingowe? Według mnie oryginalne brzmienie tej płyty jest jej naprawdę dużym walorem.

Fakt, ma ono swój klimat, ale sytuacja wyglądała tak, że żal było nie robić tego remiksu; kiedy dowiedzieliśmy się, że pierwszy nakład Aury ma się ku końcowi zdecydowaliśmy, że skoro ma być dotłoczenie, to zróbmy- i tak konieczny z myślą o winylu- remiks wszystkich ścieżek. Dzięki świetnej robocie świętej pamięci Szymona Czecha dostaliśmy znacznie lepiej brzmiący master. Głupio było nie dotłoczyć kolejnej partii płyt w oparciu o niego, a nie o oryginalny w którym wiele rzeczy nas drażniło. Szczerze mówiąc nie sądzę, żeby tę poprawioną płytę kupiło dużo osób mających już pierwszą wersję.

Po dość energetycznym, nieomal rockowym debiucie, Earthshine przyniósł więcej kojących melodii, dodatkowo obudowanych klawiszowymi tłami. Z kolei najnowszy album TFN to ponowny zwrot w kierunku mocniejszych brzmień. Plan, brak konsekwencji czy świadomy proces twórczy?

Może tak- wszystko naraz. Mieliśmy ochotę nagrać właśnie coś takiego. Oczywiście, efekt zawsze różni się od tego zakładanego. Ja tę płytę "układam" sobie w głowie dopiero teraz. Teraz zyskuje ona ostateczny kształt, bo dotychczas miałem jeszcze w pamięci poprzednie wersje utworów, nieuporządkowaną tracklistę itp kwestie. Nam tak naprawdę zawsze było bliżej do metalu i alternatywy. Musiało to znaleźć wcześniej czy później ujście- może po nagraniu Earthshine, ta energia zbierała się i musiała teraz zaistnieć?

Czy komponując kawałki zwracacie w ogóle uwagę na koncertowy potencjał utworu lub ewentualnie, czy zmieniacie jego strukturę tak, by lepiej pasował do prezentacji na żywo?

Dopóki nie zagrasz numeru na koncercie to ciężko cokolwiek powiedzieć. Nie znamy żadnych tajnych tricków, które sprawiają, że kawałek zyskuje w wersji live. Najważniejszy jest efekt jaki uzyskujemy na sali prób, a dokładniej, kiedy odsłuchujemy nagrane, wstępnie zmiksowane ścieżki demo. Wtedy wszystko słychać i można na spokojnie przyjrzeć się każdemu instrumentowi w oderwaniu od powstającej przy graniu live "ścianie dźwięku", która zawsze robi wrażenie i zniekształca percepcję.

Do premiery "Eternal Movement" pozostał mniej niż miesiąc, ale cały album można odsłuchać już na Spotify. Jakie jest Twoje zdanie w tego typu przedpremierowych działaniach?

Faktycznie album wisiał przez jeden dzień na Spotify, jednak był to błąd administratorów i z tego co wiem sytuacja już wróciła do normy. Wszelkie wcześniejsze streamy itp patenty są jak najbardziej fajną rzeczą. Pod warunkiem, że pełną kontrolę nad tym ma wytwórnia i zespół.


W notatkach prasowych management TFN silnie akcentował producencką obecność Christear-Andre Cederbega. Jak przebiegał proces współpracy oraz jakie były największe zmiany względem nagrywania Earthshine?

Jak tylko współpraca została przyklepana zaczęliśmy intensywną korespondencję z Christerem. Wymienialiśmy uwagi, mniej lub bardziej konkretne- odnośnie aranży, brzmień, motywów. Na tym etapie wyglądało to podobnie jak w przypadku poprzedniej płyty, którą produkował Zbigniew Preisner. Wejście takiego świeżego ucha z zewnątrz jest bardzo pomocne. Rozładowuje napięcie, masz wtedy świadomość, że materiału słucha osoba, która nie dość, ze ma dobre ucho to jeszcze jest szczera i dba o to, żeby płyta była jak najlepsza. To daje niesamowity komfort. Największą różnicą w pracy nad nowym krążkiem było to, że podeszliśmy do nagrywek na pełnym luzie, skoncentrowani tylko na muzyce. Proces nagrywania Earthshine był bardziej poszarpany. Było trochę stresu z samego faktu, że przyszło nam wtedy współpracować z tak dużym autorytetem, jakim jest pan Presiner. Na szczęście udało się wtedy stanąć na wysokości zadania.

Spodobała mi się wasz opis muzyki zawartej na Eternal Movement, który mówi, iż nowy krążek jest pełen światła. Skąd taka (skądinąd trafna) metafora?

Tak doświadczyliśmy tej muzyki. Każdy z nas ma inne skojarzenia, jednak akurat co do tego byliśmy zgodni. Światło, kolor - moim zdaniem ten album jest w tym wręcz skąpany.

Jak opisałbyś Eternal Movement na tle waszych dwóch poprzednich płyt?

W moim odczuciu nowa płyta godzi żywiołowość Aury z delikatnością i przestrzenią Earthshine. Fajnie, że w naszym odczuciu, udało stworzyć się coś co jest wynikiem ewolucji. Zarówno czerpie z przeszłości, jak i wnosi zupełnie nowe i świeże oblicze.

Przed wami duża trasa koncertowa z The Ocean oraz Shining. Czy przygotowujecie się w specjalny sposób do tych sztuk?

Przygotowujemy się standardowo. W tym momencie zaczynamy intensywne sesje przygotowawcze do trasy. Gramy, gramy i jeszcze raz gramy. Będzie trochę kombinowania przy setliście, ponieważ mamy na tych koncertach ograniczony czas. Chcemy pokazać zarówno stare utwory, jak i te z nowego albumu, więc trzeba będzie się trochę nagłowić...

Czego możemy się spodziewać podczas dwóch waszych koncertów w Warszawie i Wrocławiu?

Jak już wspomniałem, na koncertach z The Ocean występujemy w roli supportu. W naszym kraju będziemy grać bezpośrednio przed Niemcami, także setlista musi zostać okrojona w stosunku do tego co będziemy prezentować na reszcie koncertów polskiej trasy. Nie jesteśmy z tego powodu mega szczęśliwi, ale- jak to się mówi- deal is the deal. Na pocieszenie mogę dodać, że planujemy samodzielną, wczesno-wiosenną trasę, na której na pewno nie zabraknie wymienionych przez Ciebie miast!

W podziękowaniach na oficjalnej stronie internetowej, nie kryjecie satysfakcji z koncertowania po Europie. Jakie są największe różnice pomiędzy graniem w kraju i za granicą?

Dużych różnic nie ma, w każdym kraju spotykamy fajnych, otwartych ludzi. Największe różnice są w krajach południowych, tam reakcje publiki bywają nieprzewidywalne. Generalnie, o ile w Polsce mamy już pewien spokój jeśli chodzi o frekwencje, w niektórych krajach widzimy ile jeszcze jest w tej materii do zrobienia. Uważam to za wielką zaletę, ponieważ daje to sporą motywację i uczy pokory.

Skoro o koncertach mowa, to czy po zagraniu tak dużej liczby koncertów czujesz jeszcze tę pierwotną ekscytację spowodowaną żywymi reakcjami publiki? W jaki sposób granie koncertów zmieniło Twoje podejście do tworzonych przez siebie dźwięków?

Na pewno mniej się stresuję. Chociaż mniej to złe słowo. Raczej wszyscy uczymy się pracować z tremą, tak aby była ona naszym sprzymierzeńcem. Stres jest bardzo fajną rzeczą, jeśli odpowiednio się go ugości (śmiech). Same emocje pozostały te same. Wciąż nie umiem znaleźć dobrego porównania do tego co dzieje się w człowieku podczas koncertu... Co do drugiej części pytania- granie koncertów może nauczyć sporo w kwestii brzmienia, które jest bardzo mocną inspiracją przy pisaniu muzyki. Nasze brzmienie z trasy na trasę ewoluuje, a to znowu wpływa na to w jaki sposób gramy i jak "widzimy" muzykę.

wtorek, 17 września 2013

Nowy dział w MALAVISIA

Polska kultura, w przeciwieństwie do tematów społeczno-ekonomicznych, rozwija się w zatrważającym tempie. Nie sposób już myślowo ogarnąć mnożących się wydarzeń, premier oraz nowych artystycznych trendów. Samo komentowanie i ocenianie też nie wystarczy, dlatego zdecydowałem się oddać głos samym artystom. Już niebawem ruszy dział WYWIADY w którym znajdą się zapisy rozmów z ludźmi niebanalnymi, mającymi wizję i nie obawiającymi się jej realizować.

wtorek, 20 sierpnia 2013

[muzyka] RUBBER DOTS - LowTek (2013)

Na Rubber Dots miałem oko już od czasów ich debiutanckiej płyty z 2011. Od tamtego czasu muzyka warszawskiego duetu zmieniła swój charakter z miękkich klubowych pasaży na rzecz większej chwytliwości i melodyjności utworów. Trudno przewidzieć kolejny stylistyczny krok tego obiecującego tworu. Pewną wskazówką może być najnowszy mini-album Rubber Dots - LowTek.

Podtrzymuję swoją opinię, która brzmi, że stricte elektroniczne partie utworów RD to to, co w moim mniemaniu duetowi wychodzi najlepiej. Podobała mi się oszczędność i plastyczność utworów kreowana za pomocą sklejanych ze sobą bitów i ambientowego tła. EPka LowTek przynosi w tym temacie pewne zmiany, gdyż jak już wspomniałem, zrobiło się teraz nieco bardziej.. akustycznie? Nie jestem pewien, czy to dobre określenie, ale podczas słuchania LowTek nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż więcej tu przestrzeni spowodowanej zastosowaniem odmiennego niż do tej pory instrumentarium. Oczywiście nie brak tu silnie akcentowanych elektronicznych pierwiastków, jak np. w Last Call of Reinsie. Całość spajają dobrze zaaranżowane partie wokalne Anny Iwanek. Dobrze wpisują się w charakter muzyki Rubber Dots, chociaż przyznam, że na wcześniejszych materiałach wokale miały większą siłę rażenia (pięknym wyjątkiem jest tu zamykający In Time, moim zdaniem najlepszy utwór na płycie). Może to kwestia aranżu piosenek, a może LowTek jest po prostu materiałem bardziej wymagającym, stawiającym słuchaczowi rzadko spotykane w muzyce elektro/pop konkretne warunki. 




Z pewnością nie jest to EPka na kilka pobieżnych przesłuchań i za sam ten fakt należy się duetowi kilka ciepłych słów. Słychać, że Rubber Dots nadal są głodni muzyki i ciągłe poszukują swojego stylu. To bardzo dobrze, gdyż eksperymenty z pewnością zaowocują kolejnymi - miejmy nadzieję - równie niebanalnymi materiałami jak LowTek.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

FIŃSKI DESIGN, czyli słów kilka o wzornictwie z północy

Powodów by pisać na temat fińskiego designu znajdzie się wiele. Pierwszym i najważniejszym jest fakt, iż fiński design należy obecnie do najbardziej rozpoznawalnych i interesujących typów wzornictwa na świecie. Kolejnym, nie mniej ważnym powodem są Helsinki, które w zeszłym roku otrzymały tytuł światowej stolicy designu. Teraz, po niemal roku i z odpowiednim dystansem, można skreślić kilka wyważonych opinii na temat samej inicjatywy, wyjaśniając przy okazji czym jest fiński design, jakie są jego korzenie i co go reprezentuje.


Zacznijmy od rodowodu. Fiński design w prostej linii wywodzi się od tradycyjnego wzornictwa, które opierało się na drewnie. Stąd prosty, czy wręcz surowy styl. To jedna z cech będących kluczem do zrozumienia idei fińskiego designu. Minimalizm formy i prostota połączona z funkcjonalnością to wytyczne stylu, który swym zasięgiem obejmuje wnętrza, modę, przestrzeń miejską oraz przedmioty codziennego użytku. Finowie jako naród praktyczny i skromny, do perfekcji rozwinęli koncepcję przedmiotów nie tylko interesujących wizualnie, ale harmonizujących się z dorobkiem kulturowym Finlandii. Nie można też zapomnieć o silnych związkach fińskiej sztuki z naturą, co przejawia się w interesujących inspiracjach czerpanych wprost z otaczającej finów (wciąż) nieoswojonej przyrody. Z tego też względu, początkowo fiński design nosił silne znamiona sztuki ludowej, która jednak wytraciła już swój impet i ogranicza się obecnie do subtelnych nawiązań do  starych tradycji. 

Kontekstem dla prężnie rozwijającego się fińskiego designu było także wzornictwo szwedzkie oraz duńskie, co zaowocowało wspólną marką określaną mianem Scandinavian design. Echa tego stylu głośne były zwłaszcza w USA w latach 50 ubiegłego wieku, kiedy to tamtejsze galerie podbite zostały przez innowacyjne meble oraz niecodzienne przedmioty codziennego użytku rodem ze Skandynawii. Wszystko to nie mogło rozwijać się bez znacznego wsparcia fińskiego rządu, który od zawsze nie tylko budował długofalowe strategie promujące rodzimy design, ale też nie zapominał o tym istotnym elemencie kulturotwórczym podczas kryzysów gospodarczo-ekonomicznych (jak ten z lat 90). Symbolicznym zwieńczeniem tego mecenatu okazał się być rok 2012, kiedy to nobilitowano Helsinki na światową stolicę wzornictwa, co ponownie zwróciło uwagę świata na nieustannie frapujący fiński design.


Z powyższymi faktami powiązać można hasło, które było mottem podczas przewodnictwa Helsinek: Otwarte Helsinki – osadzenie wzornictwa w życiu. W zdaniu tym kryje się intencja zachęcająca do odważniejszego wplatania idei wzorów zarówno w ubiorze, wystroju wnętrz czy sztuce użytkowej. Fińska stolica należycie wykorzystała daną jej szansę i skutecznie promowała rodzimy design. Cały projekt zasadzał się na próbie zbliżenia ludzi do designu jako czegoś z czego można i powinno się czerpać inspiracje w codziennym życiu. Projektanci oraz promotorzy kładli także silny nacisk na oswojenie zainteresowanych z niecodziennymi, a czasami nawet kontrowersyjnymi propozycjami. A okazji by bliżej przyjrzeć się fińskiemu designowi było niemało. W ciągu roku zorganizowano 550 projektów oraz 2800 eventów! Liczby to zaiste imponujące, ale ważniejszy od statystyk jest fakt, że - zdaniem organizatorów - ponownie udało się zbliżyć design do mieszkańców i ich codzienności, pozbywając się w ten sposób łechcącego próżność, ale zarazem niebezpiecznego przekonania jakoby design stanowił domenę wyłącznie stref wyższych.

Skoro Helsinki to nie mogę nie wspomnieć o fenomenalnym Muzeum Designu, mieszczącym się w stolicy Finlandii. Nieco ironicznym jest fakt, że z zewnątrz budynek muzeum nie sprawia wrażenia świątyni designu, którą w istocie jest! Zebrana tam kolekcja to stałe i czasowe wystawy podsumowujące rozwój fińskiego designu poczynając od 19 wieku, na współczesności kończąc. To także szansa na zaobserwowanie nowych trendów, gdyż pomimo, że mowa o muzeum, przybytek ten w sposób przemyślany i konsekwentny promuje wizje młodych i obiecujących projektantów. W dużym skrócie Design Museum to nieco ponad 200 000 przedmiotów, obrazów i zdjęć. Bardzo wartościowych przedmiotów, obrazów i zdjęć, co trzeba podkreślić.

Pisząc o fińskim designie nie można także pominąć jego reprezentantów. Końcowa część artykułu na krótki przegląd najbardziej znanych, komercyjnych firm, dumnie promujących markę finnish design.

W chwili obecnej, z pewnością najbardziej wyrazistym promotorem jest firma Marimekko, którą należy kojarzyć przede wszystkim z odzieżą oraz przedmiotami codziennego użytku. Styl firmy opiera się na wyrazistym i autorskim wzornictwie, za którym kryją się fińscy projektanci pamiętający o idei założycieli Marimekko: prostota - wyrazista estetyka - nowoczesność. Jednak Marimekko to nie tylko firma, to także filozofia. Jej credo brzmi: Marimekko to brak płynnej definicji, to co niespodziewane, a zarazem ludzkie, głęboko humanistyczne. Nieco tajemnicza idea rozjaśni się podczas przeglądania katalogów sklepu. Dominują w niej bowiem przedmioty, których koncepcja opiera się na tym co znane, ale zaaranżowane w nietypowy, nieoczywisty sposób.

Aarikka, to firma, która swoją filozofią działania idealnie wpisuje się w założenia fińskiego
wzornictwa. Początki działalności to lata 50, podczas których idea firmy okrzepła, co pozwoliło na wyklarowanie się rozpoznawalnych produktów Aarikka: drewnianej, ręcznie produkowanej biżuterii, akcesoriom domowym czy (później) designerskim telefonom. Trudno wręcz uwierzyć, że wszystko to zaczęło się od.. guzików. Kaija Aarikka, przyszła założycielka
Aarikka, nie mogąc znaleźć pasujących guzików do swojej sukienki, postanowiła zrobić je sama. Dało to początek ręcznej produkcji drewnianych bibelotów, dodatków i prostej biżuterii w której dopatrzono się nieznanej wcześniej innowacyjności. Od tamtych czasów wiele się zmieniło, ale filozofia Aarikka pozostała taka sama: produkty i metody produkcji są prowadzone w zgodzie i szacunku do natury. 



Znaczącym przedstawicielem fińskiego designu pod postacią sztuki użytkowej jest z pewnością Iittala. Iittala zaistniała w świadomości odbiorców jako producent wysokiej jakości wyrobów szklanych, cechujących się odważnymi rozwiązaniami projektowymi. O znaczeniu tej firmy doskonale mówi fakt, że współpracowało i współpracuje z nią wielu liczących się projektantów fińskiego designu (Alvar Aalto), a sama możliwość wykonania projektu dla Iittala uważana była za wielką nobilitację. Koncepcyjnie, produkty Iittala silnie nawiązują do fińskiej natury, czego najlepszym przykładem jest seria naczyń Satumetsä (Leśna baśń), która stanowi piękny mariaż fascynacji przyrodą z dawnymi tradycjami folklorystycznymi oraz nowoczesnym wzornictwem.

Wymienione nazwy, co oczywiste, to zaledwie skromny początek długiej listy fińskich firm, dla których rodzimy design to nie tylko produkty, ale przede wszystkim ściśle sprecyzowana misja. Zainteresowanych odsyłam pod ten adres, gdzie znajduje się krótki, acz treściwy spis najważniejszych przedstawicieli fińskiego designu.

Dobrym podsumowaniem niniejszego artykułu jest zapis z obserwacji, z którego wynika, iż fiński design ponownie (tak jak w złotych latach 50 i 60) przyciąga uwagę. To dobry sygnał, świadczy bowiem o odradzającym się upodobaniu do tego co piękne, a zarazem funkcjonalne, proste i oryginalne. Pozostaje tylko z uwagą śledzić doniesienia z fińskiego światka designu; ten bowiem ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko wysokiej jakości przeżycia estetyczne.






piątek, 16 sierpnia 2013

[film] Para do życia (2010) / Miesten vuoro

Znany w pewnych kręgach film dokumentalny Para do życia idealnie wpisuje się w doświadczenia związane z moją niedawną wyprawą do Finlandii. Stanowi bowiem doskonały zarys mentalności Finów, ich filozofii życia, która koncentruje się wokół sauny i jej magicznego, oczyszczającego działania.



Para do życia to film skrojony według najlepszych fińskich standardów - oszczędny, surowy, minimalistyczny, ale jednocześnie o dużym ładunku emocjonalnym. Struktura dokumentu jest prosta. Oto reżyserzy (oraz twórcy scenariusza) - Joonas Berghäll Mika Hotakainen - punktem dramaturgicznym uczynili saunę i skupiając wokół niej swoich bohaterów codzienności, oddają im głos. Przypomina to niespieszny strumień świadomości, raz po raz przejmowany przez kolejnych mężczyzn, którzy ze swoich historii tkają emocjonalno-melancholijną mapę wspomnień, straconych szans oraz niepewnej przyszłości. 
Minimalizm formalny doskonale spełnia swoją rolę, gdyż Para do życia to w istocie dokument w swej najczystszej postaci. Brak tu kreacji, inscenizacji czy aranżowania konkretnych zdarzeń. Całość sprowadza się do rozmów (lub monologów) mężczyzn (bo tylko oni w filmie Berghälla i Hotakainena mają prawo głosu) siedzących w saunach najprzeróżniejszej konstrukcji, począwszy od tradycyjnych domków po zmodyfikowane przyczepy kempingowe. Jest to miejsce szczególne, bowiem motyw oczyszczenia ma tu dwojakie znaczenie - oczyszczenie ciała równe jest czyszczeniu duszy z dawnych win i błędów. Bohaterowie poprzez swoje opowieści niespiesznie, ale konsekwentnie dekonstruują stereotyp oziębłych i zamkniętych w sobie mieszkańców północy. Ich historie przepełnione są bolesną prawdą na temat fundamentalnych dla człowieka spraw takich jak wiara, naród czy rodzina. Przypomina to nieco biblijne przypowieści - chociaż banalne, kryją w sobie wielką mądrość, którą należy wciąż i wciąż przypominać.

Dokument nie posiada puenty, na jego końcu nie kryje się też fabularna wolta. Autorom chodziło chyba bardziej o zbudowanie intymnej atmosfery zwierzenia. Udało się zrealizować to zamierzenie, gdyż przedstawione w filmie historie są bardzo poruszające i przemawia przez nie prawda nie stępiona obecnością kamery. 
Kończąc recenzję, wypada dodać iż Para do życia mieści w sobie wiele akcentów o charakterze narodowym; dokument ten przesycony jest fińskością, również na poziomie językowej gry słownej. Pewne wypowiedzi zmieniają swój kontekst, co sprawia, że odbiór filmu z fińskojęzycznym towarzyszem nabiera dodatkowej głębi. 

Parę... polecam przede wszystkim sympatykom oszczędnych w formie dokumentów, którzy cenią poszukiwanie prawdy o życiu w najbliższej człowiekowi rzeczywistości.

środa, 14 sierpnia 2013

[podróże] Finlandia - kraina jezior, tańca i mgieł

Finlandia to kraj, który od zawsze pozostawał w cieniu innych skandynawskich państw. Sama przynależność do Skandynawii jest z resztą mocno kwestionowana zarówno w Suomi jak i poza jej granicami. Niezależnie od przynależności kulturowo-geopolitycznej, Finlandia urzeka zmysłową surowością, istotną rolą natury w życiu codziennym oraz nieskomercjalizowaną kulturą. Zapraszam do lektury pierwszego artykułu poświęconego Finlandii i jej mieszkańcom.



DZIEŃ I NOC

Odwiedzającemu Finlandię z pewnością nie umknie uwadze fakt, iż pory dnia potrafią wywołać spore zamieszanie i dysonans w zegarze biologicznym. Z powodu geograficznego położenia kraju, dzień trwa tu znacznie dłużej, bo od 4 rano do (nawet!) 23 wieczorem. Kiedy zegar wskazuje zbliżającą się północ, słońce nadal wisi nad horyzontem, niespiesznie chowając się za linię leśnego horyzontu. Przesyca to człowieka energią, która zmusza do aktywności dużo większej, aniżeli podczas tradycyjnych pór dni i nocy. Jak można się domyślać, nie ma nic za darmo. Zimy w Finlandii to czas nie tylko długich i srogich zim, ale deficyt słońca - promieni słonecznych nie ma wtedy za wiele (jasno jest zaledwie kilka godzin 11 do 15), co znacząco wpływa na samopoczucie mieszkańców.


NATURA vs KULTURA

Podczas podróżowania pomiędzy kolejnymi fińskimi miastami, zajęło mi trochę czasu przyzwyczajenie się do faktu słabego zaludnienia kraju. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli spojrzy się na twarde dane statystyczne: Finlandia rozmiarami nieco przewyższającymi Polskę, gości w swoich granicach zaledwie 6,5 miliona finów, co przy 38,5 milionach polaków nie wymaga chyba dodatkowego komentarza. Życie skupia się wokół paru dużych miast, takich jak: Helsinki, Turku, Lahti czy Tampere. Mniejsze miasteczka rozrzucone są pośród gęstych lasów i rozległych jezior. Tworzy to wszystko niezwykły krajobraz, bardzo pierwotny i dziki w swej wymowie. Z tego też powodu finowie wciąż żyją blisko natury; jest ona dla nich nie tyle zastępstwem dla miejskiej codzienności, co częścią swoistej filozofii życia. Flora i fauna od zawsze były tu ważnym tematem społeczno-politycznym. Sami mieszkańcy kraju nieustannie dbają o to, by zachować równowagę pomiędzy technologicznym zaawansowaniem, a ciągłym kontaktem z tym co dzikie i nieujarzmione.


Podczas pobytu w Finlandii, nasunęło mi się pewne skojarzenie czy też bardziej refleksja związana z Japonią. Oba kraje pod względem technologicznym są niezwykle zaawansowane, ale w przeciwieństwie do finów, japończycy gdzieś zgubili się w szalonej pogoni za technologicznymi nowinkami. Tymczasem zaobserwowałem, że w życiu codziennym mieszkańcy finlandii używają elektronicznych urządzeń tylko jako dodatek do swojego życia, nie czyniąc z nich nic więcej ponad ich przeznaczenie. Fakt, domy finów pełne są elektroniki, ale nie zauważyłem, by korzystali z niej kompulsywnie i bez umiaru. 



JEZIORA


Jeziora, kraina jezior - to podstawowe (całkiem słuszne) skojarzenia z Finlandią. Patrząc na mapę wygląda to jakby małe wysepki z każdej strony oblane wodą, co przypomina wewnętrzne morze. Tak jest w istocie, fińskie jeziora są ze sobą połączone siecią kanałów, które oplatają niemal cały kraj. Ułatwia to transport surowców (drewna) oraz komunikację. Szczególnie w zimie, kiedy jeziora stają się regularną częścią krajowej infrastruktury. Lód osiąga wtedy grubość dwóch metrów, co w zupełności wystarcza by po tafli jeziora poruszały się nawet ciężkie wozy transportowe. 
Same jeziora są nie tylko rozległe, ale przede wszystkim zimne i czyste. Finowie często korzystają z kąpielisk rozrzuconych w różnych częściach miasta, a widok spacerujących mieszkańców z ręcznikami (o każdej porze roku) nie jest tu niczym dziwnym. 




SAUNA

Sauna to jedyne fińskie słowo, które bez zmian i tłumaczeń zadomowiło się we wszystkich językach świata. Dobrze obrazuje to olbrzymią wręcz rolę sauny w fińskiej kulturze i tradycji. Miejsce, które towarzyszyło narodzinom i pogrzebom, rytuałom inicjacyjnym oraz życiu codziennemu, wpisane jest w kulturową tożsamość wszystkich mieszkańców Finlandii. Fińskie rodziny posiadają najczęściej dwie sauny - jedna mniejsza, domowa w domu/mieszkaniu oraz większa na zewnątrz. Po ciężkiej pracy, mroźnym dniu lub letnim upale, wizyta w saunie to obowiązkowy punkt dnia, traktowany na równi z posiłkiem czy snem, ale mający znacznie głębszy charakter. 
Po rozpaleniu wnętrza sauny do temperatury ok 100 stopni celcjusza, mężczyźni i kobiety wchodzą do środka uprzednio polewając się zimną wodą - to jeden ze sposobów na pobudzenie krążenia krwi. Innym jest biczowanie ciała brzozowymi witkami, które pozostawiają we wnętrzu przyjemny, świeży zapach. Sauna to miejsce szczególne, dlatego traktowana jest też jako miejsce towarzyskich spotkań. We wnętrzu można usłyszeć przetaczające się ożywione dyskusje przyjaciół, ale i spokojnie odpoczywające rodziny, cieszące się swoim towarzystwem. Idea sauny zasadza się także na aspekcie społecznym, integruje ludzi, będących w opinii obcokrajowców uważanych są za cichych i zdystansowanych (co niekoniecznie jest prawdą, jak pokaże mój kolejny artykuł). 
Po krótkiej sesji w saunie, nie ma nic lepszego niż skok do zimnego jeziora. Ta praktyka jest powszechna również w zimie (!), kiedy to wycina się przeręble w grubej warstwie lodu by móc bez przeszkód schłodzić rozgrzane ciało.




CO FINOWIE MAJĄ W GŁOWIE?

Powyższy cytat, będący parafrazą pewnej znanej książki, jest jednocześnie zaproszeniem do kolejnego artykułu poświęconego samym Finom - ich usposobieniu, stylowi bycia, kulturze oraz opisowi fińskiego pragmatyzmu. Zawartość kolejnych wpisów pokrywa się z kolejnością w jakiej odkrywałem kolejne tajemnice kraju i jego sympatycznych mieszkańców. Do przeczytania już niebawem!