Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 czerwca 2013

[muzyka] CLUTCH - Earth Rocker (2013)

Amerykański zespół rockowy Clutch wydał swoją nową płytę już 15 marca, ale zanim ten fakt przebije się do świadomości ludzi, musi minąć parę dobrych miesięcy. I w zasadzie bardzo dobrze, bo to idealna muzyka do samochodowych podróży w blasku słońca i tumanach kurzu. Ni mniej, ni więcej - album na wakacje jak w mordę strzelił!

Tak na marginesie -  to ten nowy album (zatytułowany Earth Rocker) to wielki powrót do starego, dobrego Clutch. Jest zadziornie, bardzo rytmicznie (groove, groove!), a całość w udany sposób żeni nowoczesność ze starym rockowym brzmieniem, powiedzmy tak z okolic lat 70. 




Rodowód weteranów z Clutch (19 dużych albumów! z czego moim niezmienionym faworytem jest potężny Pure Rock Fury) to stoner rock, nic więc dziwnego, że niemal każda ich płyta wybrzmiewa najlepiej kiedy żar leje się z nieba, a piasek chrzęści pod stopami. Neil Fallon odpowiadający za partie wokalne jest wokalistą tak charakterystycznym i  naładowanym energią, że podczas słuchania Earth Rocker nie sposób się nie wiercić, nie wybijać rytmu, nie podłapywać zwrotek.

 Ta muzyka została stworzona dla ludzi, którzy dobrze rozumieją, że akompaniament muzyczny dobrej imprezy to nie żadne zgrzyty radiowych gwiazdek, a konkretny, bujający rock, który rozpełznie się pod uczestnikach jak ogień w stodole! Treści w tym akapicie może i niewiele, ale.. tak właśnie wygląda pisanie konkretów z Clutch lecącym w tle - energia roznosi, a do głowy przychodzą rozmaite fantasmagorie.




Oczywiście Earth Rocker to nie tylko szaleńczy patataj byle do przodu. Muzycy mają na to za dużo doświadczenia i wyczucia. Między innymi dlatego są tu też kawałki, które przynoszą chwilę spokoju jak Gone Cold. Utrzymany w lekko onirycznej atmosferze, przez moment robi się nieomal sielankowo.. Jednak nie oszukujmy się, chłopcy zostali obdarzeni talentem do pisania przede wszystkim maksymalnie przebojowych numerów, przy czym nie jest to niby rock z pogranicza Coldplay. Czuć w tych dźwiękach pierwotną, rockową dzicz, graną przez facetów z jajami, którzy nic nie robią sobie z faktu, że ktoś może jednak nie docenić ich muzyki.  

Doceniam tą nonkonformistyczną postawę i oświadczam: poznajcie i zaprzyjaźnijcie się z Earth Rocker, ten album jest tego wart. W zamian za to Clutch pokieruje kierownicą waszych samochodów, być może zmieniając kolejne nudne wakacje nad Bałtykiem w najlepszy trip waszego życia? 

piątek, 31 maja 2013

[muzyka] SEVEN THAT SPELLS - Superautobahn (2012)

Trzech Chorwackich grajków nie próżnuje. Straciłem kontakt z ich muzyką w okolicach Black om Rising. Pamiętam jednak, że już wtedy słychać było potencjał. Podobało mi się takie granie: nieco zawiesiste, z sludge'owymi naleciałościami, ale bez popadania w mielenie tego samego motywu przez połowę albumu.
Co więcej, w muzyce STS dało się wyczuć to charakterystyczną południowoeuropejską iskrę. Wiecie: bulgocząca gorąca południowa krew, pogonie jak u Kustiricy, chaos i wrzaski.




Dzisiaj parę słów o dziewiątym już (!) album o tytule Superautobahn, który niesie ze sobą blisko godzinę niebanalnych dźwięków, podzielonym na trzy utworowe kolosy.
Zmieniła się muzyka STS, oj zmieniła. Słychać teraz wyraźnie autorski rys w najnowszych kompozycjach na rzecz rezygnacji z pierwiastków tworzących wspomnianą południową atmosferę.
Na Superautobahn dominują kanonady bębnów, przeplecione nerwowymi jazzowymi partiami saksofonu, a to wszystko zanurzone w z lekka noise'owym sosie. Partie wokalne zostały zredukowane do zera, główną rolę zwracają gitary, które naprowadzają słuchacza na rytm, by po chwili brutalnie go zmylić niespodziewanym, wydawałoby się przypadkowym, riffem. Dobra zabawa, która przekonuje jednak, że nie są to przymilne dźwięki do sprzątania pokoju.
Konstrukcyjnie Superautobahn dowodzi, że Chorwackie trio wyzbyło się krępujących norm, będących problemem wielu projektów opartych na gitarowym szkielecie. Struktura utworów jest zwarta, ale w ciągu 57 minut dużo się dzieje.
Zaprawdę piękna to płyta: bo złożona, splątana z różnych nieprzystających do siebie dźwięków i na pewno nie na jedno posiedzenie. Ponadto wydaje się być idealna jako akompaniament samochodowo-narkotykowej wycieczki (Las Vegas Parano się kłania w pas).
PS. Chłopaki chyba myślą podobnie, podsuwając ten sam trop w artworkach do płyty.